Wciąż nie mogą się pozbyć balastu historycznych pomówień, półprawd rodzących się w nieuważnym oglądzie ich sprawy, stereotypów gorliwie pielęgnowanych, będących pożywką dla utuczonych mitów, rozwichrzonych bujd i jakże znakomitych niejednokrotnie bredni. Białoruś i Ukraina, wyrodne dzieci Rosji, niewdzięczni bracia młodsi, zbuntowane carskie kolonie, blade emanaty Moskwy, z pożyczoną historią, nieswoim teatrem, poezją deklamująca się w obcym języku. Umoczone w micie chyba największym – jednej, odwiecznej Rusi, w micie, który odmawia im rodzimej kultury. I my w tym, sąsiedzi, Europejczycy, którym bliskość geograficzna tych dwu narodów jest często za dowód i usprawiedliwienie rzekomej wiedzy. Tak naprawdę zaś, gdy próbujemy choćby w samych sobie sformułować jeden argument za ich swoistością, wchodzimy w mroczny rejon. czytaj dalej...
Za krzyżem i ponad nim kępa starych drzew osłania cerkiewkę i cmentarzyk. Na samym zakręcie uchodzi do rzeki szemrzący małym wodospadem potok. Przy jego ujściu resztki dawno opuszczonej zagrody, ruiny młyna, na drugim brzegu kolejne opuszczone gospodarstwo, stoi jeszcze chałupa. Nad nią brzeg Dniestru ponownie stromieje. Wieś położona jest w głębi doliny potoku, na obu jego stokach. Jest to stary gród ruski, którego historia sięga czasów przedpiastowskich.
Alicja z Krainy Czarów pytała: „Gdzie zaczyna się dzień? Jeśli przemierzam ziemię razem ze słoneczkiem, to gdzie kończy się wtorek, a gdzie zaczyna środa?” Od dawna zadaję sobie to pytanie: Gdzie kończy się Wschód? I gdzie zaczyna się Zachód? Gdzie przechodzi ta granica? Znacie odpowiedź na to pytanie?
W swoich działaniach propagandowych Rosja i jej stronnicy nie mówią nic o tym, że na Ukrainie panuje korupcja o natężeniu nie do zaakceptowania dla kraju członkowskiego UE albo że mimo Pomarańczowej Rewolucji neosowieckie elity o prorosyjskich skłonnościach są nadal dostatecznie wpływowe, by blokować wprowadzanie demokratycznych reform. Zamiast tego wolą stosować historycznie podejrzane, przesiąknięte rosyjskimi ideami imperialnymi argumenty, za pomocą których próbują udowodnić, że Ukraina “należy do Rosji”.
Na Ukrainie, z jej immanentną patriarchalną kulturą, z lubością operuje się wizerunkiem kobiety-opiekunki stojącej na piedestale, gloryfikuje się postaci wybitnych Ukrainek i ich historycznej roli, a co przy tym charakterystyczne, istnieje totalny strach przed kobiecością we wszystkich publicznych sferach życia.
Ciężko mi pisać o białoruskim teatrze. Jest w „Imieniu róży” Umberto Eco takie spostrzeżenie – znajdując się wewnątrz labiryntu, nie zrozumiesz, w jaki sposób jest on zbudowany.
Początki intensywniejszych kontaktów ze scenami z Białorusi i Ukrainy sięgają roku 1991. Wtedy to Krystyna Meissner, reżyser i dyrektor Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu, zorganizowała pod hasłem „zszywania Europy” I Międzynarodowy Festiwal „Kontakt”. Tradycją się stało, że teatry zza najbliższych wschodnich granic – z Litwy, Ukrainy i Białorusi – zaczęły regularnie przyjeżdżać do Polski.
Niektóre festiwale łowią głęboko, są otwarte na poszukiwania, na działania offowe, inne stawiają na gwiazdy i gwiazdeczki, które poniekąd gwarantują komercyjny sukces, a jeszcze inne w tym chwiejnym nadmiarze doszukują się pewnych i stabilnych wartości artystycznych. Coraz częściej zdarza się, że organizatorzy budują program, kierując się zasadami rynkowymi, tak, by zainteresowana osoba miała wrażenie szerokiego wyboru, który w rzeczywistości może być tylko pozorny.
W jakiej sytuacji jest dziś polski teatr tańca? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie, z perspektywy krytyka teatralnego, który od kilku lat z uwagą przygląda się temu zjawisku, chce je zrozumieć i docenić. Nie roszczę sobie prawa do obiektywizmu, lecz podejmuję próbę na wskroś subiektywnej syntezy.
Jestem przeszczęśliwy, że tamte lata przeżyłem intensywnie z teatrem, teatrem dla mnie wtedy z dużej litery. Wiem, że uczestniczyłem w czymś szalenie ważnym, co na dodatek - do czego przyłożyłem ręki - uległo mitologizacji. Jednak - tak sobie dziś myślę - istnieje też pewna sfera spraw pokrytych po trzydziestu z górą latach wstydliwym milczeniem, której skorupę warto wreszcie naruszyć.
Broniąc się przed jednobarwną, nudną, a niejednokrotnie niebezpieczną rzeczywistością, budowaliśmy opór na skalę naszych możliwości. W końcu zwyciężył „teatr” - ale ten, który rozegrał się na ulicach i w zakładach pracy. Z tą dramaturgią nie sposób się było równać.
W PRL-u kultura podlegała pod propagandę, i na działalność tzw. twórców teatralnych szły pieniądze właśnie z propagandy. Można podawać przykłady pracy w propagandzie, nie w teatrze, bezczelnej służbie władzy z pełną świadomością i za pieniądze.
Historia sztuki Ukrainy to miszmasz paradoksów, niezgodnych, często wręcz przeciwnych zjawisk, które pojawiały się w tym samym czasie. Warunki, w jakich to się odbywało stworzyły unikalny kulturowy kontekst. Nie znajdziemy do niego analogii w światowej historii sztuki. Jakiekolwiek porównania lub szukanie takich analogii jest bezsensowne.
Na Ukrainie technologia mediów jest pojęciem nowym. Ma ono duży potencjał, ale póki co do tego nowatorskiego podejścia stopniowo przyzwyczajają się nie tylko artyści, ale i ich publiczność. Art-media mają sens tylko wtedy, kiedy docierają do swoich odbiorców. Póki co Ukraina stawia pierwsze kroki w tym kierunku.
Podczas obchodów rocznicy Rewolucji Październikowej w roku 2005 pośród wrogich obozów nacjonalistów i komunistów grupa R.E.P. niosła transparenty z podobiznami Warhola i Beuysa. Słynne hasło Warhola: „Oh, when I will be famous, when it will happen?” użyte jako manifestacyjny slogan nie wnosiło zupełnie nic. Uświadamiało natomiast propagandowy charakter takich wystąpień, podczas których nikt nie zastanawia się nad ich zasadnością. Postacie ubrane w białe kombinezony, ze spiczastymi, czarnymi czapkami na głowach wzbudzały zadziwienie i rozbawienie przechodniów, odwracając uwagę od niezwykle poważnych i zaangażowanych manifestantów.
Według Bachtina, człowiek istnieje jako „ja” i „inny”, te dwa elementy są nierozłączne i wzajemnie się uzupełniają. Nabywanie samoświadomości polega na odnalezieniu siebie w „innym” i „innego” w sobie. Autor natomiast (artysta) dysponuje tak złożoną i wielobarwną osobowością, iż jest w stanie obdzielić nią stworzone przez siebie postaci, nadając im status pełnowymiarowych indywidualności.
Jeśli gdzieś istnieje teokracja, to tylko na Świętej Górze Atos – dziwacznej pozostałości Bizancjum, zajmującej cały półwysep nad Morzem Egejskim. Tu wszystko jest przesiąknięte wiarą i kultem, zapachem kadzidła i fresków (na przemian z zapachem wodorostów i jodu). Tu wcielono w życie ekstremalne marzenia zakonników: na górze Atos oficjalnymi mieszkańcami mogą być wyłącznie mnisi, kobiety tu, jak wiadomo, nie mają wstępu, a całe życie mikro-państewka jest surowo podporządkowane regułom zakonnym.
Niezależnie od tego, w jaki sposób komentujemy płynną i chimeryczną miejską metaforę, jej ostateczny kształt oraz charakter wzajemnych relacji i oddziaływań pomiędzy przestrzenią miejską a poruszającymi się w jej obrębie mieszkańcami nie poddają się rozstrzygającym definicjom i nie są możliwe do przewidzenia. Tym bardziej więc podróż przez miejskie place, ulice, zaułki i skwery jest ciągłym odkrywaniem ich na nowo.
kultura enter
miesięcznik wymiany idei
redaguje zespół: Grzegorz Rzepecki,
Mirosław Haponiuk,
Grzegorz Kondrasiuk (sekretarz redakcji),
Magda Linkowska,
Paweł Laufer
projekt logo i okładki: Dawid Jurek
www: Łukasz Gładysz
dział wschodni
Paweł Laufer
sztuki wizualne
Magda Linkowska
teatr
Grzegorz Kondrasiuk
Wydawca:
Ośrodek Animacji Kultury
Centrum Kultury w Lublinie
e-mail: redakcja@kulturaenter.pl
© 2008 Osrodek Animacji Kultury - Centrum Kultury w Lublinie. Wszelkie prawa zastrzeżone